Wywiad z dyrygentem NOSPR Alexandrem Humalą

DSC_0107

Dla jednych gwiazda, dla innych oszust; niektórzy uważają ten zawód za jeden z najbardziej skomplikowanych w świecie muzyki, inni nie potrafią zrozumieć rolę postaci, która macha rękoma, stoi tyłem do publiczności a poza tym nie gra żadnego dźwięku. Kim tak naprawdę jest ten dyrygent!? O tym i nie tylko rozmawialiśmy z przedstawicielem tej mitycznej profesji młodym białoruskim muzykiem Alexandrem Humałą, dyrygentem Capella Sonorus (Mińsk) oraz Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach.

 

K.S.: Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak trudną profesję?

A. H.: Istnieje pojęcie zadowolonego człowieka, ale nie szczęśliwego. Właśnie w swoim życiu zdecydowałem się być szczęśliwym. A po raz pierwszy poczułem, że naprawdę jestem szczęśliwy podczas swojego pierwszego koncertu z orkiestrą w roli dyrygenta. Nie mogę powiedzieć, że to uczucie towarzyszy mi za każdym razem, ale w ogóle jest to tylko krótkim momentem. Dla mnie muzyka jest szczęściem, które brzmi i przestaje. To uczucie zawsze jest związane z działaniem, aktywnością.

K.S.:  Kim jest dyrygent?

A. H.: Wydaję mi się, że [Nikołaj – przyp. red.] Rimski-Korsakow, rosyjski kompozytor, powiedział, że dyrygowanie to najbezpieczniejsza profesja dla szarlatana. Im dłużej pracuję jako dyrygent, tym trudniej tłumaczy mi się, co ja robię, kim jestem. Natomiast mogę powiedzieć, że nigdy nie czuję się lepszym od członków orkiestry, nie czuję się wyróżnioną, ważniejszą osobą.  Uważam, że dyrygent powinien traktować siebie tak jak każdego innego muzyka. Moim zadaniem jest interpretacja i wskazywanie drogi do jej prawidłowego zaprezentowania, zagrania. Staram się być  partnerem dla orkiestry, chociaż jesteśmy po dwóch stronach, trochę jakby przeciwko sobie. Ja jestem w gorszej sytuacji, bo na-przeciwko mnie jest 80 osób. Ale musimy działać wspólnie.

mus_1

K.S.:  Po studiach w konwersatorium w Rotterdamie trafiłeś do NOSPRu na stanowisko asystenta dyrygenta. To był Twój cel, czy nieoczekiwana oferta?

A. H.: NOSPR   jedna z lepszych orkiestr Polski, tutaj nie można po prostu przyjść i otrzymać oferty. Na każde miejsce czy to dyrygenta, czy muzyka trzeba wygrać konkurs. Był taki ogłoszony i spróbowałem wykorzystać daną mi szansę. Nie miałem żadnych gwarancji, to nie ten rodzaj konkursu gdzie masz pierwszą, drugą i trzecią nagrodę, była tylko jedna i umowa czynna tylko rok.

K.S.:  Ale jednak pracowałeś przez dwa lata?

A. H.: Tak, miałem kontynuację umowy. Taka była decyzja orkiestry. Odbyło się głosowanie i z 97 osób “za” swój głos oddało 95. Dla mnie to był wielki komplement.

K.S.:  Czy trudno jest pracować z zespołem który ma tak długie tradycje?

A. H.: Każda orkiestra ma swoje kamienie podwodne, swoje pytania, zadania, wymagania względem konkretnego pracownika. Dlatego pracujemy razem, aby osiągnąć najlepszy poziom, aby być nie tylko lepszą orkiestrą w Polsce i wiodącą w Europie, ale powiedzmy, najlepszą w Europie. Mamy wszystkie możliwości żeby to zrealizować jedną z najlepszych na świecie salę koncertową, oczywiście samą orkiestrę, solistów, repertuar.

K.S.: Teraz często tu występujesz jako dyrygent gościnny,  finalizujesz proces już rozpoczętych projektów, czy pracujesz nad nowym programem?

A. H.: Zapraszano mnie do programów, do których, uważano, że ja najlepiej się nadaję, i które też bardzo lubię i z przyjemnością realizuję.

K.S.:  Mam wrażenie, że obecnie jesteś przede wszystkim odbierany jako dyrygent muzyki współczesnej.

A. H.: Nie wiem, możliwe. Faktem jest, że jeśli nie grasz muzyki współczesnej, jest mało prawdopodobne, że w ogóle gdzieś masz szansę występować. Osoba, która nie rozwija się, nie poznaje nowego nie zostanie zaproszona do prowadzenia obojętnie jakiej orkiestry.

K.S.: Jednak współczesna muzyka ma wiele odcieni. Istnieją pewne produkty, które mogą być przypisane do show-biznesu, a jest też inna nowoczesna muzyka, alternatywna. Jeśli przypomnimy czasy Związku Radzieckiego, wtedy byli kompozytorzy-buntownicy, na premierach ich utworów były pełne sale publiczności. Mam na myśli Alfreda Schnittke, Sofię Gubaidulinę, Edisona Denisowa. Czy uważasz, że teraz są jeszcze tacy kompozytorzy?

A. H.: Jestem bardzo sceptyczny co do porównywania naszych współczesnych muzyków z wielkimi artystami przeszłości lub tych, którzy już mają nazwisko. Dlaczego? Ponieważ oni wszyscy przeszli przez próbę czasu. Jest bardzo trudno powiedzieć, że ten to jest dzisiejszy Schnittke czy jak ktoś inny znany. Aby Gubaidulina została Gubaiduliną trzeba było przejść długą i trudną drogę akceptacji i odrzucenia. Nie wszyscy wielcy do tego doszli. Na przykład Galina Ustvolskaya, długo była nieuznaną, przez swoją rewolucyjność, na którą nie wszyscy byli gotowi. Ale przez to, że jej utwory zaczęto grać w Europie, później w Rosji i w końcu na całym świecie jej sytuacja w końcu się zmieniła. Teraz jest boom na Mieczysława Weinberga, którego Rosjanie uważają za rosyjskiego, Polacy za polskiego kompozytora, a edukację, do słowa, on otrzymał w Mińsku. Kiedyś nie był w ogóle uznawany. Oznacza to, że niektórzy kompozytorzy zaczynają wybrzmiewać tylko po upływie pewnego czasu. Osoba twórcza zawsze ma pragnienie, aby pokazać drugą stronę siebie i to znajduje poszanowanie u tych, którzy chcą usłyszeć alternatywę. Mówiąc o tych kompozytorach, których przywołałeś, ich poziom, oczywiście, był znacznie wyższy niż we współczesnych czasach, ale to też był zupełnie inny moment historii. Jeśli wcześniej minęliśmy ogień i wodę, to teraz mamy czasy rur miedzianych. Jednym kliknięciem można usłyszeć wszystko i już nie jest możliwe w należny, dokładny i świadomy sposób odbierać informacje,  czas się skurczył.

K.S.: Czy znaczy to, że kiedyś kompozytorzy byli popularni, bo występowali przeciwko systemowi?

A. H.: Nie przeciwko systemowi, a przeciwko zakazom. Teraz nic nie jest zabronione. Poza tym, obecnie społeczeństwo nie jest gotowe płacić za sztukę współczesną, bo jej nie rozumie. Nawet ci, którzy słuchają dobrej muzyki, na przykład jazzu, nie zawsze są przygotowani do słuchania współczesnej akademickiej muzyki. Dlatego istnieją takie inicjatywy jak Festiwale Muzyki Współczesnej, gdzie zamawia się muzykę współczesnych kompozytorów. Inna rzecz, że nie wszystkie z nich odnoszą sukces, co jest całkiem normalne. Jeśli z takiego festiwalu wyjdzie jeden lub dwa dobre utwory, to już będzie dobrze.

mus_1

K.S.: Porozmawiajmy o innych muzykach buntownikach. Robiłeś z NOSPR-em program muzyki Jonny Greenwooda. To, co on napisał dla orkiestry nie było podobne do tego, co robi z Radiohead, to była muzyka nie rockowa, ale zaskakująco akademicka.

A. H.: Kiedy muzyk rockowy zaczyna grać z orkiestrą, zasługuje to, co najmniej na wielki szacunek.

K.S.: Spotykaliście się?

A. H.: Widzieliśmy w Teatrze Wielkim w Warszawie podczas prób, ale osobiście nie rozmawialiśmy. Nie mogę powiedzieć, że jestem fanem jego twórczości, że to co zrobił było arcydziełem. Oczywiście jest to bardzo wysokiej jakości praca. Co ważniejsze, osoba z jego nazwiskiem wciąż ma ochotę i jest otwarta na poszukiwania, ale to też nie znaczy, iż powinno zawsze mu się udawać.

K.S.: Grałeś z wieloma jazzmanami: Branfordem Marsalisem, Nigelem Kennedym, Piotrem Orzechowskim. Ostatnio wykonałeś program ze słynnym pop-jazz artystą Jamiem Cullumem. Podobne projekty po prostu są modne, czy to też jakaś część wielkiego rozwoju muzyki?

A. H.: Są to z pewnością bardzo skomplikowane projekty. Moje pierwsze doświadczenie z muzykiem jazzowym to było coś pomiędzy jazzem a klasyką. To doświadczenie zdobyłem z trębaczem Nicholasem Paytonem i jego pierwszym projektem symfonicznym Black American Symfony. Już sama nazwa – symphony, co może być bardziej klasycznego? Jest to przykład kolaboracji, kiedy osoba stara się znaleźć nowe sposoby na wyrażanie. Z Marsalisem graliśmy program klasyczny, wyszedł w smokingu jak prawdziwy solista muzyki akademickiej i wykonał Scaramouche Dariusa Milhauda. Myślę, że to pogranicze stylów, jest dobrą praktyką, ponieważ ludzi, którzy lubią muzykę “lżejszą”, przyjdą posłuchać Branforda Marsalisa, a on przy tym zagra coś klasycznego. Jamie Cullum. Trzeba zacząć od tego, że z tym programem, który zagraliśmy z NOSPR, występował na największym festiwalu muzyki klasycznej BBC Proms z orkiestrą BBC. To też było coś pomiędzy jazzem a klasyką. Tutaj istnieją dwa bardzo pozytywne aspekty: z jednej strony, popularni muzycy pragną podnieść się na poziom profesjonalistów, a z drugiej publiczność, która słyszy, że to jest fajne, przyjemne może takim wydarzeniem zachęcona przyjść na inny koncert muzyki klasycznej. W maju będę miał kolejny taki koncert, tym razem z Chickiem Corea.

K.S.: A co będziecie grać?

A. H.: Na razie nie mogę powiedzieć, ale zdradzę, że z orkiestrą.

K.S.: Wydaje się, że zdecydowanie idziesz tą drogą grając z muzykami jazzowymi.

A. H.: Dla mnie jest to wspaniałe doświadczenie. Oczywiście jazzmani kierują się własnymi zasadami. Dzięki takim koncertom, mam wrażenie, że nie ma takiego solisty z którym nie potrafiłbym zagrać.

K.S.: Podobne koncerty na pograniczu stylów można uznać za wysoką sztukę. Jak budujesz program? Czy liczy się jego atrakcyjność dla szerokiej widowni czy wąskiego grona?

A. H.: Wysoka sztuka jest wtedy, kiedy ludzie wykonują swoją pracę profesjonalnie. Nie mogę powiedzieć, że zespół, który źle zagra symfonie Mozarta, czy wokalista, który źle zaśpiewa Schuberta, to będzie wielka sztuka. Kiedy byłem jeszcze w Holandii, często chodziłem do jednego pubu, gdzie grali free jazz. Czasem siedziałem jak zahipnotyzowany i byłem niesamowicie zafascynowany tą muzyką, takie momenty, to naprawdę sztuka wysoka.

Jeśli chodzi o przyciągnięcie słuchaczy, oczywiście, program układa się z myślą, aby publiczność zainteresować, żeby ​​nie było monotonnie pod względem charakteru utworów. Zawsze jest ten element, jakby wymóg, aby starać się „zadowolić publiczność”, przecież jesteśmy uzależnieni od niej. Chcemy aby każdy człowiek na widowni coś od nas otrzymał. Inną rzeczą jest to, że trzeba być ostrożnym, żeby program nie został podporządkowany samej rozrywki.

K.S.: Wracając do układania programu koncertowego, na ile ten proces zależy od ciebie?

A. H.: Mogę mówić tylko o swojej capelle Sonorus. W NOSPR-ze jest dyrektor programowy, rada orkiestry, dyrektor artystyczny. Ja, jako dyrygent, który jest zapraszany na pewnych zasadach, również jestem pytany o program i ze mną są omawiane propozycje, ale mogę również przedstawiać swoje pomysły.

K.S.: Nad jakimi projektami pracujesz teraz w Mińsku?

A. H.: W tym roku kapeli, którą dyryguję wypełnia się 25 lat! Cały sezon jest poświęcony temu świętowaniu. Teraz przygotowujemy duży koncert, który zakończy jubileuszowy sezon. Odbędzie się on 2 maja. To będzie wielkie wydarzenie z orkiestrą, organami, chórem i znanymi solistami.

K.S.: Miałeś możliwość zostać w Europie na stałe ale zdecydowałeś się na powrót do Mińska. To był przejaw patriotyzmu?

 A. H.:Nie lubię słowa „patriotyzm”. Dla mnie ważne jest, że na Białorusi po raz pierwszy zabrzmi ta lub inna muzyka. To nie jest patriotyzm polityczny, a mój własny jako muzyka.

K.S.: Na ile pomaga lub przeszkadza ego w muzyce?

A. H.: To pytanie jest bardzo dobre, wszyscy jakoś omijają ten temat. Ego w każdej sprawie jest bardzo ważne. To uczucie, kiedy stale jesteś skupiony na tym, aby robić swoją pracę najlepiej. Sądzę, że właśnie nasze ego nie pozwala nam na niższy poziom i wymaga wręcz pracy całodobowej. Czy mówimy o sportowcach, którzy ze wszystkich sił biegną w maratonie, czy o  muzykach, robimy to poniekąd motywowani przez swoje ego. Gdyby nie moje ego, to pewnie nie wróciłbym na Białoruś, ponieważ gdy poproszono mnie, bym został głównym dyrygentem, od razu włączyło się moje ego. Poczułem możliwość zrobienia czegoś naprawdę wartościowego. Ale jest też inne ego, to zawarte w muzyce, gdy dana osoba pokazuje już nie muzykę a siebie i niestety, istnieje wiele takich przykładów. Kiedy muzyka zanika w tle własnego Ja, oczywiście, takie ego przeszkadza.

K.S.: Podczas pracy, powiedzmy, nad partyturą Bacha, starasz się zrobić wszystko jak chciał kompozytor, czy szukasz jakiś bardziej oryginalny sposób żeby wyrazić siebie?

A. H.: Kilka razy byłem na takich koncertach, gdzie muzyka fascynowała mnie tak, że dosłownie przestałem oddychać i mogę powiedzieć, że najbardziej ekscytujące rzeczy to te proste. Jeśli zrobisz wszystko, co Bach napisał to będzie to najlepszy występ, a wszyscy będą myśleć, że to osiągnięcie dyrygenta i orkiestry. Ale w rzeczywistości po prostu staramy się robić to, co jest napisane w partyturze, maksymalnie przekazać tę pewną wiadomość od kompozytora.

Pytanie zadane przez Anonymous: Jaką rolę dla wykonywania muzyki odgrywa przestrzeń? Jakie jest Twoje doświadczenie grania poza salami koncertowymi?

A. H.: Wielu współczesnych kompozytorów ustawia muzyków w różnych częściach sali koncertowej. W takich kompozycjach przestrzeń odgrywa kluczową rolę, ale nie tylko. Na przykład, Schumann pisał dla konkretnej sali koncertowej, dla konkretnego zestawu instrumentów i lokalizacji muzyków i jeżeli wszystko jest zrobione według jego idei, muzyka zaczyna naprawdę brzmieć. Czy podobnie jak Wagner, który napisał opery do jego sali w Bayreuth. Mówiąc o moim doświadczeniu grania poza salą koncertową, oczywiście, mam dość sporo takich wydarzeń, bo chociażby festiwale letnie odbywają się zazwyczaj w amfiteatrach. Raz graliśmy na festiwalu w miejscu, gdzie wcześniej działała siłownia. Ale najbardziej niesamowite doświadczenie jakie miałem, to kiedy graliśmy na lodowisku. Specjalnie na tę okazję napisaliśmy z kapelą  Operę na lodzie, to opera buffo: scena była z lodu, artyści byli na łyżwach. Tematem był hokej i wszystko działo się w nocy, a jedna z naszych solistek była profesjonalną łyżwiarką figurową.

K.S.: Jaka jest twoja misja?

A. H.: Och, nie lubię takich pytań, choć rozumiem, że są one bardzo istotne. Nie wiem, nie mam misji. Misję ma tylko Tom Cruise w Mission Impossible (śmiech). Wczoraj byłem na koncercie, gdzie wykonywali jeden z moich ulubionych utworów, czyli koncert na fortepian i orkiestrę G-dur Ravela. Jeśli nagle byłby koniec świata i będziemy musieli opuścić planetę i polecieć na Marsa i ktoś powiedziałby mi, że mogę zabrać tylko trzy utwory, to ten byłby między nimi. Słuchałem go i wyobrażałem sobie jak Ravel pisał tę muzykę, przedtem jak w ogóle wpadł na ten pomysł. Czułem to tak, jakby on po prostu przyszedł wieczorem do jakiegoś pubu napić się wina, ewentualnie z papierosem w ręku. Wokół siedzieli jacyś ludzie i on po prostu, bez żadnych emocji, zaczął tam pisać. Ale ten utwór ma tak wysoki poziom emocjonalny, jak i muzyczny, że chce się zabrać tę muzykę ze sobą nawet na Marsa. Nie sądzę żeby myślał, że to jest jego misją. On po prostu robił swoją pracę, po prostu był sobą. Więc nie wiem, co jest moją misja, czy uda się mi uratować narodowości, czy nie, czy zostawię coś po sobie, czy też nie. Nie chcę wiedzieć. Nie chcę stawić przed sobą takich celów. Po prostu chcę być sobą codziennie; być odpowiedzialnym za swoje działania, dbać o swoich bliskich. A kim są moi bliscy? Krewni to jest zrozumiałe. Bliscy, ci, którzy są blisko mnie, także teraz to Wy. Kiedy jestem na scenie, moimi bliskimi są muzycy i publiczność, a wśród niej może jakiś człowiek przyszedł na koncert po raz pierwszy, i ja naprawdę chciałbym żeby przyszedł ponownie. Myślę, że główną misją każdego człowieka jest bycie sobą.

Alexander Humala – studiował dyrygenturę chóralną i symfoniczną w Białoruskiej Akademii Muzycznej i Konserwatorium w Rotterdamie. Posiada szereg prestiżowych laurów. W 2009 r. otrzymał I nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Dyrygentury Chóralnej w Rydze. W 2011 r. odniósł zwycięstwo w Międzynarodowym Turnieju Dyrygentury Chóralnej W stronę polifonii we Wrocławiu. Dwukrotnie otrzymał Nagrodę Prezydenta Białorusi (2010, 2012), stypendium Gaude Polonia (2009, 2012) i stypendium Huygens (2010). W 2009 r. objął posadę dyrygenta-asystenta w Operze Wrocławskiej, a od 2012 r. piastował to stanowisko w Orkiestrze Filharmonii Narodowej. Od 2013 r. jest I dyrygentem i dyrektorem artystycznym zespołu Capella Sonorus. W latach 2014–2016 pełnił funkcję dyrygenta-asystenta w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. 

Podziel: